NATEMAT POLECA Pojechaliśmy do Puszczy Białowieskiej. To nie kornik i minister Szyszko są największymi szkodnikami

Zabójcy talentów

Fot. Shutterstock
Kto z nas nie marzy o tym, żeby robić to, co potrafi najlepiej, to co lubi, czyli ogólnie rzecz biorąc korzystać ze swoich talentów. Idziemy do pracy pełni nadziei, że tak się właśnie stanie. Czasem, przy odrobinie szczęścia, nazwa naszego stanowiska będzie bardzo spójna z tym, co lubimy robić. I tyle! Przeciętny, nie w sensie typowy a w sensie byle jaki menedżer, kiedy słyszy od pracownika, że ten chciały robić głównie to, co potrafi najlepiej uzna, że zapewne chodzi o przeglądanie facebooka.

Frederick Herzberg powiedział: „Jeżeli chcesz, aby ludzie wykonali dla ciebie dobrą pracę, daj im dobrą pracę do wykonania”. W teorii to proste, ale w praktyce ta umiejętność to właśnie trudna sztuka zarządzania.
Brak zaangażowania i niska efektywność są naturalną reakcją na wykonywanie absurdalnej pracy.



Kto rozsądny kieruje się czymś takim jak uczucie czy sympatia wobec wykonywanej pracy. Tak możemy wybierać partnera, kochankę, przyjaciół, ale nie to czym zajmować się będziemy przez całe, życie, dzień w dzień, po 8 godzin. To takie nierozsądne, nieprofesjonalne i w ogóle mało w tym ekonomii a dużo emocji. Kto rozsądny rezygnuje z ciepłej posady tylko po to, żeby robić to co lubi i jeszcze śmie mieć nadzieję, że będzie na tym zarabiał?
No cóż, tak właśnie robią, a właściwie to tak już zrobili ludzie, który odnieśli sukces.

Tymczasem przeciętni ludzie testują własną odwagę i odpowiedzialność, brawurowo zaciągając gigantyczne kredyty na mieszkania i inne dobra.

Robienie tego, co się kocha, tego w czym jest się dobrym nie ma znamion szaleństwa, nie jest oznaką braku rozsądku, ani żadnej skrajnie hedonistycznej postawy. Nie ma nic bardziej rozsądnego niż dążenie do robienia w życiu tego, co się lubi, tego, co się potrafi najlepiej, bo to ma przełożenie na jakość i efektywność, a to z kolei na wyniki finansowe.
Oczywiście nie zawsze, bo jeśli ktoś jest wyjątkowo utalentowany w obszarze własnego lenistwa, lub tchórzostwa, to sami rozumiecie. No cóż życie jest trudne, a niektórzy mają trudniej.
Ludzie mają różne talenty i niestety nie na wszystkich da się zbić fortunę, ale nie należy zakładać, bez dogłębnego sprawdzenia, że ten talent, który akurat my posiadamy jest skrajnie niedochodowy. Rozwijanie mocnych stron, czyli talentów i świadomość własnych słabości to punkt wyjścia do tworzenia dobrej jakości w życiu i finansach.

Każdego dnia, każdego poranka tysiące Polaków wychodzi z domu, by wyruszyć marnować swoje talenty. W jaki sposób? W różny. Czasami sami sabotujemy własne predyspozycje a czasem robi to ktoś inny.
Nie ma nic bardziej upiornego i nonsesownego jak zatrudnić wybitnego specjalistę za wybitne pieniądze po to, żeby wypracował równie wybitny zysk, a potem zawalić jego kalendarz spotkaniami pozostawiając mu 10 % czasu na pracę i to w panelach 20-minutowych. Na to nakłada się kolejny nonsens związany z dbaniem o talenty w organizacji. Zatrudnia się lub identyfikuje w organizacji kogoś utalentowanego po to, żeby następnie identyfikować i rozwijać jego  słabe strony. Nawet diament nie jest idealny, zwłaszcza jak się go użyje do ręcznego rozbijania orzeszków. Mimo, że jest najtwardszy z twardych to przeciętnej wielkości diament orzeszkowi nie da rady.

Nawet, jeśli jako pracownicy mamy umiarkowany wpływ na częstotliwość występowania tych absurdów, to warto mieć świadomość tego, że one w ogóle są. Nie po to, żeby bezproduktywnie narzekać, ale żeby coś z tym zrobić. Brak efektów w pracy, w tym finansowych nie wynika z tego, że jesteśmy beznadziejnym przypadkiem człowieka bez talentu, ale dlatego, że robimy coś, co z natury nie wychodzi nam najlepiej albo zwyczajnie nie mamy czasu na szlifowanie i wykorzystywanie swoich mocnych stron. Może też wynikać z lenistwa ale tym się tym razem nie zajmuję.

Benjamin Franklin nazwał niewykorzystane talenty zegarami słonecznymi w cieniu. Koszmar nie polega na tym, że nie mamy zdolności tylko na tym że nie potrafimy ich wykorzystać. Celowo mówię „MY” a nie pracodawcy, szefowie, partnerzy, wspólnicy. My sami jesteśmy odpowiedzialni za własny rozwój i za identyfikowanie, i co ważniejsze doskonalenie własnych talentów tak, aby móc z nich w pełni korzystać. W oczekiwaniu na to, że ktoś nas doceni, podsumuje, zdefiniuje i wskaże nam już oświetloną i oznakowaną drogę do rozwoju z gwarancją sukcesu, możemy doczekać się śmierci. O tak, ona nas doceni, dając nam w nagrodę spokój wieczny. Mój Tata mawia: „pomóż sobie sam a ktoś ci pomoże”. Myk polega na tym, że zwykle jak sami poczujemy własną moc, to przestajemy się oglądać na innych. Przestajemy być na ich łasce lub nie łasce a prościej nikt nam łaski nie robi. To jest doskonały punkt wyjścia dla tworzenia partnerskich relacji z innymi.
Trwa ładowanie komentarzy...